Praktyka

Cześć.

Chciałbym opowiedzieć o mojej histori związanej z nielegalnymi narkotykami. Nie jest ona wyciskaczem łez ani popisywanie się. Chciałbym po prostu pokazać jak osoba nieletnia (jak ja do niedawna) odnajduje się w psychoaktwynym świecie i do czego doprowadza, w praktyce, na normalnej, standardowej osobie, obecna polityka narkotykowa.

Nigdy nie byłem "normalnym" dzieckiem. Byłem tzw. "trudną młodzieżą". Miałem nieciekawą sytuacje rodzinną, nigdzie nie czułem swojego miejsca. Tak mi się przynajmniej wydaje. Pierwszy raz idylliczne stany po narkotykach zainteresowały mnie jak miałem jakieś 14-15 lat. W internecie czytałem o marihuanie, LSD, acodinie i po trochu innych. Bardzo miałem ochotę spróbować tych substancji, kusił mnie piękny, kolorowy świat, który miał na mnie czekać po zażyciu dawki narkotyku. I wkrótce spróbowałem. Bez większych problemów udało mi się kupić wpierw marihuanę, która jednak na mnie nie bardzo podziałała na początku, i różne psychodeliczne substancje z szarej strefy. Szybko zacząłem regularnie zażywać DXM (Acodin, bez recepty), szczególnie zauroczony bezmyślnym szczęściem które towarzyszło mi zawsze na "dzień po". W międzyczasie zostałem zatrzymany przez policję w wieku 15 lat, która akurat nie miała nic lepszego do roboty niż terroryzowanie dzieci. Miałem przy sobie 1 gram marihuany.

Minęło kilka lat, moje życie wyszło na prostą. Jestem szczęśliwy, nadal zażywam narkotyki, studiuję, mam dziewczynę którą kocham. Oboje regularnie (złośliwi powiedzą "nałogowo", mi to wszystko jedno) zażywamy cannabis. Konopia jest dla nas lekiem na bóle (dla Niej menstruacyjne), na stres, jest kwiatem który pozwala nam się po prostu rozerwać i odpocząć.

I teraz dochodzę do części, którą ironicznie nazywam "fun part".

Ponieważ nie mam warunków do uprawy konopi, zdobywam ją w mniej ryzykowny sposób. Zajmuje się udostępnianiem moim znajomym małych ilości narkotyku (praktycznie wszyscy moi przyjaciele palą marihuanę, częściej lub rzadziej). Nie diluje zarobkowo, po prostu z każdej "parti" ja i moja dziewczyna dostajemy pare gramów trawy, która starczy nam na 2-3 tygodnie "chilloutu". Nie czuję się, jakby robił coś złego. Nie namawiam ludzi do spożywania narkotyku, nie sprzedaje żadnym obcym dzieciom przed szkołą, a jedynie znajomym którzy teraz po prostu zamiast od dilera wezmą ode mnie ze słoika.

Tylko czemu grozi mi za to 10 lat więzienia? Za kwiaty? Za prawo do wolnego wyboru? Czemu nie mogę posiadać na własny użytek? I tak palę konopie. Palę, bo nie piję. Nie piję wódki ani piwa jak wszyscy NORMALNI Polacy. Nie lubię. Nie lubię agresji. Lubie relaks. Czy to taki powód by mi grozić pozbawieniem wolności? Gdybym nie musiał się obawiać "słodkiego zapachu" wyczutego przez sąsiadów, nigdy, nigdy w życiu nie sprzedawałbym. Ale nie bardzo widze inny wybór. Nie stać mnie na kupowanie detaliczne, zresztą, wolę kupić od znajomego hodowcy niż finansować lokalnego dresiarza-dilera.

Zastanawiam się, czy ktoś w sejmie w ogóle rozumie jak wygląda taki konsument narkotyku. Bo bardzo jestem ciekaw co ja do cholery komukolwiek zrobiłem by mi grozić więzieniem.