Sezon Na Ćpuna

Kiedyś, podczas jednej z wypraw na ogródki działkowe naciąłem się na gościa z pałą i psem. Trzymał w ręce gumową milicyjną pałę, a jego pies – ogromny wilczur – charczał jakby miał podcięte gardło. Znasz mnie, zawsze byłem spokojny, nigdy do nikogo sam nie wystartowałem, ale w tym przypadku pomyślałem, że jeśli nie zaatakuję, to po mnie. Mogłem uciekać, ale pies odgryzłby mi dupę po trzech metrach. Więc zanim jeszcze ormowiec zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wyrwałem mu tę pałę z ręki. Wtedy pies rzucił się na mnie, a ja – nie wiem skąd – wiedziałem, że muszę przywalić mu w nos. I zrobiłem to! Faceta, jakimś cudem, trafiłem też centralnie w kinol. Byłem w szoku, pies skowyczał i uciekał, a facet na klęczkach trzymał się za twarz. Do dzisiaj nie wierzę, że to właśnie ja. I jeszcze wczułem się tak w rolę, że triumfalnie cisnąłem pałę w zarośla i uciekłem – opowiada Marek. Biegnąc, czuł na plecach ciężar plecaka wypełnionego niedojrzałymi łodygami papaver somniferum.

Gdańsk, połowa sierpnia 1980 roku. W stoczni zaczynają się strajki, a na polach schną maki. Trzeba było się spieszyć, jeszcze tydzień, albo dwa i nie wydusisz z nich ani kropli. A to nie jakieś tam niskoopiatowe Przemki, ale prawdziwy mak lekarski. Rośnie nie tylko na polach, ale prawie w każdym przydomowym ogródku można coś znaleźć.

W miastach z kolei rośnie narkomania. Żaden soft. Nie ma kwasów, piguł, dopalaczy, Co najwyżej można załatwić u psychiatry receptę na Parkopan. Właściwie tylko opiaty. Już wiemy jak zrobić odpał, a „zielone” acetylujemy. Nie ma lipy – wspomina Marek.

Wokół Gdańska jak w okolicach Kandacharu, pełno maku. Trzeba tylko umieć go wypatrzeć, zapamiętać i wrócić w odpowiednim czasie.

Tak jest też w Pszczółkach, wiosce położonej tuż za Pruszczem. Ale miejscowi zdają sobie sprawę, że ich zagony zagrożone są już nie tylko przez grzyby i pasożyty. Dwa tygodnie wcześniej w pobliskim Łęgowie wycięliśmy całe pole. Byliśmy z namiotem, mleczko ściągaliśmy na bieżąco. Zostało po nas tylko pocięte zielsko.

Ania z Markiem mają wtedy za sobą pięć lat małżeństwa. Jeszcze przed ślubem oboje braliśmy, ale raczej sportowo. Porządnie wrąbaliśmy się w ćpanie dopiero ze dwa lata po ślubiePoza sezonem robią odpały, albo piją zupę, ale jak przychodzi lato – ganiają po polach. Z żyletką, łyżką i bezwodnikiem.

W swoich głowach mieliśmy całe mapy, gdzie w pobliżu Gdańska rośnie mak. Czasem, tego czy tamtego braliśmy z sobą na zielone, żeby było raźniej i bezpieczniej. Ale jak kończył się sezon, jeździliśmy sami.

Do Pszczółek pojadą PKS-em, komunikacja miejska już tu nie dojeżdża. Wysiądą jeden przystanek przed wsią. Bo choć będą musieli przejść asfaltówką tych kilka kilometrów, to wolą nie rzucać się w oczy. Marek, ze swoimi kudłami zamiast włosów podpada na pierwszy rzut oka. Nie wyglądaliśmy ani na turystów, ani tym bardziej na miejscowych. Zresztą w takiej dziurze każdy każdego zna.

Idzie przodem i niesie wojskowy plecak, Ania ma dodatkowo torbę na ramię. Najchętniej wzięliby z sobą parciane worki na ziemniaki, ale wtedy dopiero by podpadali. Towar brali w nocy i powoli zaczynają lekko czuć kości. Bez paniki.

Żeby dojść do maków trzeba minąć kilka pierwszych budynków, początek wsi. Ania siada na ławce przy drodze. Wieczorem zapewne rozsiądą się tutaj miejscowi, każdy ze swoim winem w ręku. Marek idzie dalej i skręca w boczną drogę. Jeszcze tylko z 50 metrów. Właśnie tam widział jakiś tydzień temu sporo biało-purpurowych kwiatów.

Rozglądam się dookoła i żywej duszy nie widać , a w środku adrenalina i żałosne resztki endorfin. Ale pilnuję się, żeby nie wyglądać na spłoszonego. Pole może być pilnowane, Marek liczy jednak na to, że nie TU i nie TERAZ. Mają przecież latem tyle roboty w gospodarstwie…

Dochodząc do pierwszych zagonów, ostro skręca i idzie pochylony między makiem i burakami. Z bliska maki wyglądają na doskonałe: duże, okrągłe głowy, żadnych podeschniętych roślin. Ostry nóż w ręku czeka jak topór na pierwsze ofiary. Przykuca i tnie maki kilkanaście centymetrów nad ziemią. Nie za wysoko, by nie stracić ani kropli. Nie za nisko, bo po co wozić zielsko. To co najcenniejsze jest w krótkim odcinku łodygi, tuż pod makówką. Naciął tyle, że z trudem zamyka plecak. Zawsze miałem tak, że gdybym mógł, zabrałbym ze sobą całe pole.

Siłując się z zapięciem plecaka, nie widzi, jak z trzech stron zbliżają się postaci uzbrojone w kije i łańcuchy. Dopadają go i po krótkiej szamotaninie, przyciśnięty do ziemi może już tylko ciężko sapać. Próbuje jeszcze raz zdobyć się na wysiłek, wierzgnąć i wyrwać się napastnikom, ale równie dobrze mógłby siłować się z ich traktorem.

Potem, jednym z tych krowich łańcuchów krępują Markowi ręce. Dziwne, ale ten toporny łańcuch z taką łatwością dopasował się do moich rąk, że musiałbym urwać sobie dłonie, aby się z niego uwolnić. Kopią go minutę czy dwie, a potem szarpią, aby stanął na nogi. Z trudem, ale może ustać. Teraz widzi dwóch dorosłych mężczyzn i dwóch chłopaków. Spontanicznie zawiązany oddział wiejskiej milicji, to właściciel pola z synami i ich sąsiad.

Ciągną go w kierunku najbliższych zabudowań. Z tej ścieżki zdrowia, długiej na jakieś 100 metrów pamiętam głównie kopniaki i bluzgi. Zaliczył też kilka uderzeń kijem w głowę. Pamięta również widok skulonej w oddali Anki. Trzęsącej się i zanoszącej płaczem. Jakby celowo pozostawionej w spokoju przez oprawców, by mogła przyglądać się wymierzaniu sprawiedliwości.

Krew spływająca z rozbitej głowy skleja mu powieki. Zobacz, do dzisiaj mam bliznę. Więc nawet nie widzi tego, że gdy dochodzą do zabudowań, w ich stronę wybiega kobieta. Krzyczy coś i gestykuluje. Gdyby to widział, to… i tak pewnie byłoby mu wszystko jedno. Już nie czuł bólu, czuł tylko beznadzieję. Wiedział, że za chwilę czeka go nieuchronna kreska, a wcześniej jeszcze spotkanie z prawdziwą milicyjną pałą.

Ale w ten mój czarny scenariusz wkradło się coś, co do dzisiaj brzmi niewiarygodnie. Ta baba, przepraszam, ta kobieta, opieprzała swojego męża, synów i sąsiada za to, że tak mnie skatowali. Wyrwała synom kije i zaczęła ich nimi okładać. Sąsiadowi kazała się wynosić. Myślałem, że zaraz wystartuje do męża, gdy on próbował jej wytłumaczyć co złego zrobiłem .

Kobieta każe jednemu z synów przynieść wiadro z wodą. Ten bez szemrania wykonuje polecenie. Markowi natomiast każe położyć się na ziemi i mocząc jakąś szmatę w wodzie ściera mu krew z twarzy. Leżałem tak i bałem się poruszyć, żeby się nie obudzić i nie wróciło to, co działo się jeszcze przed chwilą. Do dzisiaj mam z tym problem. Jak mnie spotka coś dobrego w życiu to boję się, że zaraz się obudzę i tego nie będzie.

To nie koniec. Marek, z okładami na twarzy, dalej leży na ziemi i słyszy, że reprymenda jeszcze się nie zakończyła. Nagle coś gruchnęło obok mnie i pomyślałem, że sen się skończył. I wtedy usłyszałem głos gospodarza, że mam sobie pójść. Odetchnąłem z ulgą, ściągnąłem okłady z twarzy i zataczając się stanąłem na nogi. To, co zobaczyłem o mało mnie z powrotem nie przewróciło na ziemię.

U jego stóp leży wojskowy plecak. Kształt wskazuje na to, że jego zawartość nie uległa zmianie. Niedowierzanie na twarzy Marka jest aż nadto widoczne, bo mężczyzna kilkakrotnie kiwa głową.

Nie pamiętam jak znalazłem się przy Ani, która dalej zanosiła się szlochem. Musiałem wyglądać okropnie, bo na mój widok wybuchła głośnym płaczem. Marek ma wybite dwa zęby i opuchnięte wargi. Teraz nie ma to znaczenia. Znaczenie ma kołyszący się na jego ramieniu plecak pełen maków. Triumfalny uśmiech Marka przypomina grymas bólu.

Bełkocząc coś pod nosem zaczyna wymachiwać plecakiem tuż przed twarzą Ani. Chwieje się, ale ona w porę przytrzymuje go, żeby nie upadł.

Tekst pochodzi z "MAGAZYNU MNB" LATO 2010

wydawanego przez Monar KrakówKrakowskie Towarzystwo Pomocy Uzależnionym