Przeczytaj część drugą tutaj // Przeczytaj część trzecią tutaj
Rodrigo Duterte mówi, że chce wykorzenić zło na Filipinach. Jego gliniarze dokonują egzekucji na tysiącach ludzi za domniemany związek z narkotykami. Tłum wiwatuje. Ale Nino Cerrado, oficer jednostki antynarkotykowej w Manili, dręczy poczucie winy.
Gdzie jest Nino Cerrado?
Szturmują się nawzajem. Mięśnie pękają, błyskają zęby. Kłapią się, szarpią, warczą. Gdy wgryzają się w siebie, nie tarzając się już po podłodze, trenerzy podchodzą z maczetami w dłoniach, wpychając ich z boku w pysk psa. Dwa pitbulle puszczają go tuż przed ponownym atakiem. Krew pęcznieje z ich skór, aw powietrzu unosi się zapach ciepłego żelaza i psiego gówna.
Jest sobota. Mokry płaski dach jest otoczony drutem kolczastym i przykryty plandeką, aby sąsiedzi nic nie widzieli. Pośrodku: arena ułożonych palet i ułożonych dywanów przemysłowych. Słońce właśnie zachodzi, stare stiukowe fasady dzielnicy lśnią, a dwa tuziny mężczyzn zebrało się tutaj na walkę powietrzną, z błyszczącymi oczami i niedopałkami papierosów w kącikach ust.
Trenerzy kucają wokół swoich psów, a kiedy jeden z psów zakopuje pod sobą przeciwnika, trenerzy rozkładają ręce, uderzając w ziemię: „Dalej, idź, idź, idź, idź”. Następnie tłum wyciąga swoje nieporęczne smartfony z kąpielówek i robi zdjęcia – mimo że nie wolno im tego robić. Następnie nadają psom imiona: „Dobry chłopiec, Hunter. Dobry chłopiec, Zły. „W pewnym momencie jeden z trenerów chwyta pitbulla za szyję, wynosi go z ringu i myje psa w kącie.
To Nino Cerrado zorganizował walkę pitbulli. Nawet jeśli jest to dla niego jako policjanta zabronione. Po południu wezwał wszystkich: jednego ze swoich braci, żeby sfilmował walkę, swojego hodowcę, który przywozi psy do tej dzielnicy – jeden po drugim. Chłopiec, który szkoli psy i który powinien opiekować się niedoświadczonym szczeniakiem. Cerrado jest właścicielem trzech pitbulli i tego wczesnego wieczoru jego psy atakują stragan sąsiada. To sesja sparingowa. Tym razem bez zakładów. Prawdziwe walki trwają do trzech godzin, a jeśli jeden z jego pitbulli przegra, Cerrado i jego ludzie czasami pozwalają mu umrzeć. Śmierć przed hańbą.
Ale Nino Cerrado nie przychodzi tego dnia. Ma pracę do wykonania. Gdzieś indziej. Właściwie ma inne imię, nie można go tu wymienić. I zdecydowanie nie chce być fotografowany ani mieć ze sobą fotografa. Nino Cerrado to muskularny facet po trzydziestce. Krótko ogolone włosy, obcisłe plecy, dopasowana koszula. Przed jego kroczem wisi czarna saszetka, w której trzyma plik banknotów tysiąca peso. Tylko nieliczni wiedzą, gdzie w tej chwili się znajduje. Czy obserwuje ze swojego samochodu, jak jeden z jego kolegów przykłada pistolet do głowy dilera? A może po prostu siedzi w nim i je lody z córką? Nino Cerrado jest jednym z oficerów jednostki antynarkotykowej Manili, która jest podejrzewana o dokonanie tysięcy pozasądowych zabójstw pod pozorem wojny z narkotykami.

Filipińska policja krajowa, szkolenie w zakresie działań antynarkotykowych (Źródło: Flickr)
A potem przyszedł Rodrigo Duterte
Manila. Lato 2017. W ciągu dnia sylwetka na tle nieba znika za smogiem. W wieżowcach siedzą setki tysięcy agentów call center, męczących się po pracy w niekończących się korkach. Druga Manila chodzi w plastikowych kapciach, mieszka w slumsach, a czasem żywi się resztkami z tac sieciowych fast-foodów. A potem przyszedł Rodrigo Duterte.
Zaraz po tym, jak latem 2016 roku został wybrany na prezydenta, wystartował Działanie Double Barrel, którą Filipińczycy nazywają Oplan Tokhang. Ci, którzy biorą narkotyki lub handlują, musieli się zarejestrować. Musieli się poddać - powiedział Duterte. Powinni przejść terapię zamiast brać lub sprzedawać narkotyki. Listy nazwisk osób poddających się jako konsumenci trafiły również do filipińskiej policji narodowej, PNP. Ich funkcjonariusze udali się do slumsów, zapukali do drzwi i wypytywali, czy ci z listy naprawdę przestali używać. Rozpoczęło się umieranie.
Niektórzy leżeli we krwi na ulicy, głowy mieli zaklejone taśmą, a przed nimi kartonowe napisy: „Jestem dilerem”. Inni zostali zastrzeleni w domu, całe rodziny zostały wymordowane. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy zginęło około 7,000 tysięcy osób, z czego połowa zginęła podczas działań policyjnych. Dla druga połowa, nie jest jasne, kim są zabójcy. Według rządu miliony Filipińczyków są uzależnione od Shabu, bardziej znanego jako metamfetamina.
PNP twierdzi, że domniemani dilerzy zawsze otwierali ogień jako pierwsi, gdy policja pukała do ich drzwi. Wśród zastrzelonych funkcjonariusze zawsze znajdowali broń i narkotyki. Zbieg okoliczności? Początkowo PNP z dumą ogłaszała liczbę zabitych podejrzanych, wzywała rzeczników prasowych i dziennikarzy telewizyjnych oraz zapraszała ich na miejsce zbrodni. Każdy powinien zobaczyć, jak bezlitosny jest rząd wobec przestępców. Ale to się wkrótce zmieniło.
Było międzynarodowe oburzenie: zażądała Rada Praw Człowieka ONZ aby rząd Filipin natychmiast zaprzestał wojny z narkotykami. UE stwierdziła, że jej handel z Filipinami jest zagrożony. Rząd Duterte odrzucił wszystkie zarzuty: liczba zabitych wyniosła „alternatywne fakty„. I tak nie potrzebowaliby funduszy z UE. Zabijanie trwało dalej, trochę łagodniej. Policja zaczęła maskować swoje działania. Karetki zamiast karawanów zabierały zmarłych. Wpłynęli do innej statystyki; w szpitalu już nie „zastrzelono”, ale „śmierć na miejscu".
Nikt nie może z całą pewnością stwierdzić, kto kogo zabił i dlaczego. Czy to była policja? Czy to był zabójca wynajęty przez policjantów? darmozjady? Gangi, które skorzystały z okazji, by spłacić stare długi? Skorumpowani policjanci, którzy sami mieli długi do spłacenia? A może wszystko odbyło się zgodnie z planem opracowanym w Pałacu Prezydenckim?
Jedno jest pewne: śmierć przyszła do slumsów. Tak jak Rodrigo Duterte zapowiedział przed wyborem: „Jeśli będę kandydatem na prezydenta, powiem wam Filipińczycy, nie głosujcie na mnie, bo będzie krwawo”. W ten sposób flirtował ze swoją brutalną polityką narkotykową w wywiadzie telewizyjnym w sierpniu 2015 r.

Zapach krwi
Tydzień później znowu jest sobota. Wieżowce banków i hoteli drapią szare chmury smogu, boczne uliczki są zatłoczone dziesiątkami małych barów z czerwonymi latarniami, kobiety w ciągu dnia opierają się o mur. To jest królestwo Nino Cerrado. Wszyscy go tu znają, boją się go. Jeśli mija bar ze swoimi białymi tenisówkami jak pasta do zębów, prostytutki, dilerzy i wątpliwi fizjoterapeuci cofają się, jakby tworzyli uliczkę. Nikt nie wytrzymuje jego wzroku. Nikt już nie oferuje masażu. Nigdy więcej Viagry dla grubych, białych dżentelmenów nazywanych „panem” lub „szefem”.
Milę dalej Cerrado skręca w ulicę, krętą mieszankę chat z kartonów po bananach z dachami z blachy falistej i tonami splątanych kabli powyżej. To też jego dzielnica, mieszka niedaleko stąd. Nie trwa to długo i otacza go gromada dzieci, krzycząc „Nino, Nino”.
Gdy robi się ciemno w tę sobotnią noc, głowa świni obraca się na grillu, nadzorowanym przez łysego mężczyznę. Cała ulica stoi za nią na plastikowych ławkach, nikt tu nie jest trzeźwy.
„Usiądź, chcę cię zabawić, przyjacielu” — mówi Nino Cerrado. Jego policzki płoną od mocnego piwa.
„Tak, my, Filipińczycy, kochamy bójki” — mówi. „Nie walczymy tylko z kogutami i psami”. Był ulicznym wojownikiem, zanim został policjantem. Jego pierwsza wizyta za granicą? Poleciał na zorganizowaną walkę uliczną w Tajlandii.
W pewnym momencie głowa świni już się nie odwraca, ale jest więcej ginu, rumu i brandy. Cerrado mówi: „Ten facet też jest policjantem”, wskazując na łysego faceta przy grillu. Cofa się, unosi koszulkę nad piwnym brzuchem, zza jego spodni dresowych wystaje rękojeść broni. Uśmiecha się. A ten facet tam też jest policjantem. Fragmenty słów rozleciały się po pokoju. „Duterte jest najlepszym prezydentem wszechczasów”. Pachnie prażonymi orzeszkami ziemnymi i brandy.
„Przyjdź na nasz komisariat, jeśli możesz znieść zapach krwi, przyjacielu” — mówi w pewnym momencie Nino Cerrado. Śmieje się, a potem wszyscy się śmieją, i przyciska moją szyję swoją gigantyczną dłonią.

Dzieci z zabawkowymi pistoletami w Manili na Filipinach (Źródło: Flickr)
Wygląda na to, że się zmniejsza
Następnego ranka ulice są bardziej puste niż zwykle. Z kościołów zwisają głośniki, niedzielne kazania księży odbijają się echem po okolicy. Przez cały dzień Cerrado upija się w chacie swojego przyjaciela, kilka ulic dalej, wraz z pół tuzinem braci i sąsiadów swojego przyjaciela Mario. Nikt nie mówi po angielsku, bo to tylko w podręcznikach. Na podwórku koguty kulą się w koszykowych klatkach. To są koguty, które Mario hoduje dla Cerrado.
Kiedy robi się ciemno, Cerrado jest bardzo pijany. Mimo to jedzie na niewielką odległość do pobliskiej restauracji. Cerrado wsiada do swojej białej Toyoty ze srebrnymi felgami i chowa chromowany pistolet serwisowy – wyprodukowany w Izraelu – pod siedzeniem pasażera. Kiedy zjeżdża z niektórych uliczek, musi głęboko oddychać, lekko się potyka, a jego policzki nadal się świecą. W barze z otwartymi oknami przy plastikowym stoliku siedzi trzech mężczyzn i ich żony. To koledzy, policjanci tacy jak on, należą do jednostki antynarkotykowej z sąsiedniego powiatu.
Pierwszy to grubas w czarnej koszuli, ma zawiązaną na piersi torbę na pasku i nosi klapki. Nazwijmy go PO1, bo to policjant rangi 1. Obok niego siedzi idiota ze zgryzem przednim, małym bandażem na czole i złotym wzorem na niebieskiej, obcisłej koszuli. Jest policjantem rangi 2, PO2. Pomiędzy PO1 a PO2 siedzi mały człowieczek, który nieustannie wpatruje się swoimi wąskimi oczkami. Jego uśmiech jest ciągłym pytaniem w powietrzu. Obok tych mężczyzn są ich żony. Cerrado zamawia piwo dla wszystkich, potem gadają niejasne rzeczy, po chwili coraz głośniej, coraz szybciej. Każdy chce prześcignąć drugiego swoim śmiechem. A jej kobiety słuchają i śmieją się.
Nagle PO1, grubas, mówi po angielsku: „Jesteśmy PNP, mój przyjacielu”. Policja Narodowa!
Wchodzi PO2: „Pukamy. Przyjeżdżamy do was na motocyklach i… – Nie kończy zdania, ale jego wskazujący i środkowy palec tworzą pistolet, celując na wysokości czoła przez pokój.
PO2 wskazuje na PO1, grubasa: „On nie przyjdzie, jest za gruby, żeby siedzieć i strzelać w plecy. Silnik jest z nim za wolny.
Śmieją się głośno, Cerrado śmieje się najgłośniej.
PO1 nie chce na nim usiąść, grubas, więc mówi: „Czasami je odbieramy i zawozimy na stację. Kiedy z nimi skończymy, układamy je na wysokości pięciu opon samochodowych jedna na drugiej. A potem płoną”. Żona milczy i łapie go za kolano, kelnerka przestaje mówić, ludzie przy sąsiednim stoliku też.
Cerrado wyjmuje z kieszeni plik banknotów peso i zamawia: małą smażoną rybkę, embriony kaczki jeszcze w skorupkach, słodkie marynowane wnętrzności wieprzowe. Kiedy przychodzi jedzenie, nadal rozmawiają po tagalsku, języku Filipińczyków, i znów głośno się śmieją, a świńskie wnętrzności omal nie wypadają im z ust.
PO2 uderza mężczyznę z wąskimi oczami na ramieniu, który siedział niemy, ale uśmiechał się. „On jest kierowcą. Kuzyn mojej żony. Nasz najlepszy człowiek. I wtedy pojawia się jedyne słowo, które mężczyzna o wąskich oczach wypowiada tej nocy: „Inteligencja”. Jest szpiegiem dla dwóch oficerów.
Cerrado chwieje się na nogach. Prawie nie jadł, policzki mu topnieją. Potem żegna się, wsiada do samochodu i odjeżdża, chce iść do domu, do łóżka. Zapada cisza, krążąc po swojej kwaterze, z ręką na kierownicy. Przejeżdżają obdarte rodziny, inne śpią na kawałku tektury na poboczu drogi, bezdomne kobiety siedzą na chodniku i karmią piersią swoje dziecko, okaleczony pies szuka jedzenia w śmietniku i ciągnie za nim łańcuch.
Nagle Cerrado unosi brwi. „Pewnego dnia przyszła z nami na komisariat matka i powiedziała, że jakiś facet zgwałcił jej córkę” – wybucha. „Wszyscy od razu wiedzieliśmy, kto to był. Natychmiast pojechaliśmy do domu gwałciciela i złapaliśmy go. Kiedy był z nami na posterunku, kolega strzelił mu w szyję, od góry”. Tak więc kula najpierw rozdziera tors, a potem ponownie opuszcza miednicę, co jest dość śmiercionośną metodą. Mimo to strzelili by mu później w głowę. Lepiej dmuchać na zimne.
„Co byś zrobił, przyjacielu, gdybyś wiedział, że przekupuje strażników w miejskim więzieniu i wraca do naszej dzielnicy?”
Pauza. Wygląda na to, że ten alfa kurczy się w swoim foteliku samochodowym w cieniu nocy, wzruszony, przestraszony. – Nie jestem dumny z tego, co robimy – mamrocze w końcu.
Przeczytaj część drugą tutaj // Przeczytaj część trzecią tutaj
* Benedict Wermter jest niezależnym pisarzem i reporterem kryminalnym zajmującym się Niemcami i Azją. Możesz sprawdzić jego stronę internetową w tym miejsculub skontaktuj się z nim przez benedict.wermter {@} gmail.com


