Część druga dwuczęściowego cyklu o braku reprezentacji w badaniach nad substancjami psychodelicznymi. Część 1 Analizuje historię uprzedzeń medycznych, które nadal systematycznie wykluczają kobiety, mniejszości i osoby o odmiennej płci z badań klinicznych. Druga część analizuje problemy strukturalne w ramach modelu medycznego i przedstawia alternatywne rozwiązania oparte na społecznościach.
Luka w dowodach w badaniach nad substancjami psychodelicznymi to coś więcej niż problem metodologiczny. Podczas tegorocznej konferencji Międzynarodowa Konferencja Badań nad Substancjami Psychodelicznymi (ICPR 2026)panel poświęcony płci, prekarności i władzy przedstawił argumenty, że wykluczenia To nie tylko niedopatrzenia, które czekają na skorygowanie dzięki lepszemu gromadzeniu danych. To strukturalne cechy zachodniego modelu biomedycznego, który zakłada warunki, których wiele osób nie ma: bezpieczeństwo, zaufanie instytucjonalne, stabilną identyfikację tożsamości i swobodę istnienia bez kwestionowania tych warunków.
Rozważ, co Badanie kliniczne W rzeczywistości wymaga od swoich uczestników. Wymaga od nich wejścia do placówki medycznej lub badawczej, z którą ich społeczność może mieć długą i bolesną historię. Wymaga od nich podpisania formularzy zgody opartych na ramach prawnych, które mogą nie uwzględniać ich konkretnych słabości. W wielu przypadkach wymaga od nich przejścia przez jedno z najbardziej intensywnych psychologicznie doświadczeń w ich życiu w otoczeniu, które nie potrafi uznać, kim naprawdę są.
Dla osób, których życie zostało ukształtowane przez ciągłą dyskryminację – tych, którzy mają kontakt z systemem więziennictwa, doświadczają bezdomności strukturalnej lub zmagają się z przemocą ze względu na płeć – punkt wyjścia klinicznego nie stanowi neutralnego punktu wyjścia. obietnica terapeutyczna elastyczność psychologiczna, jeden z kluczowych mechanizmów uznawanych za podstawę leczenia psychedelicznego, ma sens jedynie wtedy, gdy istnieje coś, wobec czego warto wykazać się elastycznością.
Jako Rafaelle Lancelotta, Licencjonowany doradca kliniczny i doktor nauk o pracy socjalnej z Uniwersytetu Stanowego Ohio, specjalizujący się w terapii wspomaganej psychodelikami, traumie i zdrowiu psychicznym osób LGBTQ+. powiedział: „Nie osiągniemy sukcesu, jeśli ludzie będą bardziej elastyczni wobec czegoś, co jest opresyjne”.
W tym miejscu krytyka pogłębia się, sięgając punktu, z którym środowisko medyczne nie do końca się jeszcze uporało. Lancelotta poruszył kwestię, w jaki sposób klinicyści mają merytorycznie oceniać wyniki dobrostanu osób, które „straciły wszelkie pojęcie o tym, jak odczuwa się dobrostan”, a standardowe miary wyników, opracowane na populacjach, dla których bezpieczeństwo jest pewnikiem, po prostu się nie sprawdzają.
Gdzie nie da się zignorować luk
Być może najbardziej jaskrawym przykładem rozdźwięku między obietnicami badań nad psychodelikami a ich obecną rzeczywistością jest leczenie uzależnień. W tym obszarze szczególnie ibogaina wzbudziła duże zainteresowanie kliniczne i jest… obecnie przechodzi badania kliniczne jako metoda leczenia uzależnienia, Badania mogą być przekonujące, ale osoby, które najprawdopodobniej odniosą z nich największe korzyści (osoby bezdomne, uzależnione od wielu substancji psychoaktywnych, odłączone od systemów opieki zdrowotnej i społecznej oraz mające kontakt z systemem więziennictwa) to właśnie te, które nie biorą udziału w badaniach klinicznych i mają najmniejsze szanse na dostęp do opieki klinicznej. Otoczenie i kontekst, czyli najbardziej podstawowe zasady bezpiecznej praktyki psychedelicznej, nie są wymogami technicznymi, lecz społecznymi. Nie da się ich stworzyć w warunkach klinicznych dla osób, dla których bezpieczeństwo nie jest elementem codziennego życia.
Co jeszcze bardziej komplikuje sprawę, kolonialny wymiar tego problemu pozostaje równie nierozwiązany. Iboga, roślina produkująca ibogainę, była używana w kontekstach kulturowych i ceremonialnych w Afryce Środkowej i Zachodniej od pokoleń. Pogląd, że zachodnie ramy kliniczne stworzone w ubiegłym stuleciu mogą adekwatnie oceniać substancję osadzoną w tak głębokiej wiedzy kulturowej, spotkał się z krytyką.
Panelistka Ronica Mukerjee była bardzo bezpośrednia, odnosząc się do tego tematu: „Jak można wykorzystać lek z ostatnich 100 lat, aby zrozumieć coś, co ma ponad 5,000 lat?”. Określiła to jako „arogancję zachodnich lekarzy” i ekstrakcyjne przywłaszczenie wiedzy rdzennej bez znaczącego zaangażowania w kontekst lub społeczności, do których należy.
Mukerjee wprost wskazał, dokąd prowadzi ta sytuacja: „To branża warta miliardy dolarów, o której wiemy, że nie pomoże tym, którzy najbardziej jej potrzebują”.
Jak naprawdę wygląda opieka
W obliczu ograniczeń modelu zmedykalizowanego ICPR 2026 zaproponował inne ramy oparte na wspólnocie i rodzaju zaufania, jakie instytucje rzadko potrafią same wygenerować.
„Nie postrzegam tego jako gojenia ran” – powiedziała Lancelotta – „myślę o tym jak o pozyskiwaniu zasobów”. To rozróżnienie jest znaczące: gojenie oznacza powrót do stanu poprzedniego, ale dla wielu osób, których życie zostało ukształtowane przez szkody strukturalne, nie ma stanu poprzedniego, do którego można by powrócić.
To, co psychodeliki mogą zaoferować, w najlepszym wydaniu, to nie naprawa, ale zasób w postaci przebłysku tego, co może być możliwe. Ale to otwarcie wymaga pewnego miejsca. „Psychodeliki to narzędzie, które otwiera drogę”, kontynuowała Lancelotta, „ale tylko społeczność i relacje mogą uczynić to otwarcie konkretnym i realnym”.
To nie jest tylko stanowisko teoretyczne. Ma ono wymiar praktyczny, z którym już borykają się praktycy pracujący poza formalnym modelem klinicznym. W rozmowie z TalkingDrugs: Lancelotta opisała rzeczywistość pracy z klientami, którzy nie mogą sobie pozwolić na formalną terapię psychedeliczną w stanach, w których ta forma terapii jest legalna, lub w legalnych kontekstach, takich jak kliniki stosujące ketaminę, i zamiast tego polegają na przygotowaniu w zakresie redukcji szkód, wsparciu integracyjnym i edukacji na temat bezpiecznego stosowania w przypadku braku instytucjonalnych ścieżek. Praca Mukerjee opiera się na tym samym przekonaniu, ujętym w prostym sformułowaniu: „Dbamy o siebie”.
Model kliniczny ma swoje własne przykłady prób wypełnienia tej luki. Profesor Celia Morgan z Uniwersytetu w Exeter i Alice Chapman, liderka zespołu zajmującego się doświadczeniem życiowym, opracowują modele prób społecznych i doświadczeń życiowych w Wielkiej Brytanii, opowiadając się za tym, aby wiedza rówieśnicza i udział społeczności stały się obowiązkowymi elementami badań nad substancjami psychodelicznymi. Ich główny argument wspiera prace Lancelotty, według których warunki, w których substancje psychodeliczne działają najlepiej, nie są przede wszystkim farmaceutyczne, lecz relacyjne.
W kierunku bardziej inkluzywnego modelu psychodelicznego
Model zmedykalizowany ma coś, czego brakuje modelowi społecznościowemu: infrastrukturę, finansowanie, legitymację regulacyjną i zdolność do generowania dowodów, które wpływają na kształt polityki. Model społecznościowy ma coś, czego model kliniczny konsekwentnie nie zapewnia: zaufanie, głębię relacji, wiedzę kulturową i zdolność dotarcia do osób najbardziej potrzebujących opieki. ICPR 2026 nie rozwiązał napięcia między tymi dwoma podejściami. Nie pozwolił jednak, by pilność tego napięcia została potraktowana jako przypis.
Dla kobiet i osób o zróżnicowanej płci pilna potrzeba nie jest abstrakcyjna. To właśnie te populacje dźwigają najcięższy ciężar schorzeń, które medycyna psychedeliczna rzekomo transformuje, a jednak obecne badania nie są w stanie ich wypowiedzieć. Kobieta, która dziś bierze udział w badaniu klinicznym, otrzymuje leczenie dostosowane do ciała, które nie jest jej ciałem, w dawkach, które nie zostały przetestowane pod kątem jej profilu hormonalnego, w ramach systemu, który nigdy nie zastanawiał się, czy jej specyficzne doświadczenie świata ma znaczenie dla rezultatów leczenia psychedelicznego. Osoba o zróżnicowanej płci poszukująca opieki trafia do systemu, który może nie być w stanie dokładnie zarejestrować, kim jest, nie mówiąc już o uwzględnieniu specyficznego kształtu jej traumy. Nauka, która ma im służyć, została stworzona bez nich.
Nie jest to kwestia marginalna, którą można rozwiązać po ustaleniu stanu wiedzy naukowej, ale pytanie o to, na czym tak naprawdę polega praca do wykonania. Jeśli terapia psychodeliczna ma spełnić swoją obietnicę transformacji – dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują – ta dziedzina musi zrobić coś więcej niż tylko uwzględnić kobiety i osoby o zróżnicowanej płci w istniejących ramach. Musi zadać sobie pytanie, czy te ramy w ogóle im odpowiadają, i być gotowa je przeprojektować, jeśli odpowiedź brzmi: nie.
Dyskusja o równości – o tym, kto bierze udział w badaniach, kto je prowadzi, kto może uzyskać dostęp do leczenia i na jakich warunkach – również nie jest drugorzędna w stosunku do nauki. Był to temat ostatniego panelu konferencyjnego poświęconego płci, prekarności i władzy. Ironia losu była jednak trudna do przeoczenia: jedna z najtrudniejszych i najbardziej merytorycznych rozmów całej konferencji miała najniższą frekwencję. Większość obecnych należała już do społeczności zajmujących się działalnością rzeczniczą, którą omawiał panel. Poruszone pytania, przedstawione dowody i zaproponowane alternatywy krążyły już między sobą.
Jeśli obietnica medycyny psychodelicznej jest taka transformacyjny Jak wskazują dowody, branża ma obowiązek szczerze zapytać, dla kogo ta transformacja jest przeznaczona. W obecnej sytuacji odpowiedzią zbyt często jest osoba bardzo podobna do badaczy, którzy zaprojektowali badanie, lub praktyków prowadzących kliniki. Nadal jest czas, aby to zmienić, ale nie bez, jak jasno dali do zrozumienia Mukerjee i inni, rozliczenia się z tym, czego branża do tej pory nie chciała.


